wtorek, 24 lutego 2015

Rozdział .2.

        Rozdział 2

I to rozumiem.- Na szpitalnym parkingu naprzeciwko Alex' a stoi coś co ucieszy niejednego mężczyznę Triumph Bonneville z 76, to coś, co Alex uwielbia najbardziej.

Chłopak sięga po kask na kierownicy, zakłada go, przekręca kluczyk, w stacyjce i rusza do domu.

       Po kilku minutach jest już na miejscu.

Zatrzymał się na wjeździe, obok jakiegoś samochodu. Zsiadł z motoru i ruszył w kierunku drzwi. Sam dom był niezbyt ciekawy, biały kolor ścian nadawał się do odnowienia, a ganek czekał już od kilku lat na wykończenie .Okna z każdej strony były zasłonięte i nie wiadomo czy jest ktoś w środku.

Alex podszedł do drzwi, złapał za klamkę i wszedł do środka. W środku jest dość jasno, ale nie słychać by ktoś był w środku. Jasny długi korytarz prowadzi do kilku pokoi a chłopak decyduje się skręcił do kuchni, gdzie prawie zawsze była jego mama, ale nawet tam było pusto.

-Mamo!. - woła, ale nadal nic.

-Nagle usłyszał skrzypanie podłogi za ścianą. Podszedł w tym kierunku, znów idąc zdłóż korytarza. Wszedł do pokoju dziennego, gdzie wpadało mało światła, przez zasłonięte okna. Chłopak rozgląda się za kimkolwiek, ale zanim zauważa osobę za sobą, ta rzuca się na jego szyje.

-Witaj w domu ! .- krzyczy i przytula się do Alex' a.

-Alex stara się odwrócić do tyłu i dopiero teraz widzi kto go tak wita w domu. To jego młodsza siostra Ally.

-Cześć, co ty tu robisz?. - Pyta zdziwiony jej widokiem.

-No, chyba nie myślałeś, że nie wiem że przyjechałeś i że nie chce się z tobą zobaczyć.- Wysoka szczupła, zapewne po ojcu ciemnowłosa o zielonkawych oczach dziewczyna to siostra Alex' a

-Przez moment Alex wpatruje się w dziewczynę, po czym dodaje.

-Dobrze cię widzieć.- W tym samym czasie objął siostrę i uścisnął z całej siły.

- A, gdzie mama?.- Spytał po chwili, bo przecież dla niej przyjechał do tego miasta.

-Śpi w swoim pokoju, nawet nie wiem ile leków wzięła, Alex z nią jest naprawdę źle .Na Otworzy dziewczyny pojawia się smutna mina.

-Wiem, dla tego tu przyjechałem.- Odpowiedział patrząc Ally prosto w oczy.

-Mama nie obudzi się prze kilka dobrych godzin, więc mamy czas byś mi wszystko opowiedział.- Nawet nie czekała na odpowiedz, a już ciągła Alex’ a do kuchni.

          Niecałą godzinę później.

-To kiedy zamierzasz odwiedzić grób ojca.- Spytała siorbiąc łyk chłodnej herbaty.

- Sam jeszcze nie wiem.

- Wiem że go nienawidzisz, ale powinieneś tam pójść.- Alex spogląda w głębokie ciemne oczy Ally i lekko przytakuje głową.

-Nagle dzwoni telefon Alex' a i ten zrywa się z miejsca by odebrać telefon.

-Tak?. - pyta, zaglądając przez okno na motor.

- To, ja chciałem ci powiedzieć że sprawa ze sklepami prawie gotowa, więc możesz ruszać do klubu.- Stary szeryf nawet nie kończy, bo kaszel nie daje mu spokoju.

- Zrozumiałem, powinienem coś wiedzieć o nich?.

-Pamiętaj tylko że to jest strasznie ważne dla nas wszystkich, więc spisz się.

- Zrozumiałem.- Kończy rozmowę, gdy słyszy że stary znów zaczyna kaszleć.

-Kto to był?. - Pyta dziewczyna, zanim jeszcze chłopak zdąża schować telefon.

- To tylko wuj, pomagam mu w jednej sprawie i musze już wychodzić.

-Okey.- Ally wstaje od stołu i znów ściska Alex' a, dodając przy tym.

- Naprawdę cieszę się że wróciłeś.

-Ja też.- odpowiada Alex i wychodzi.

              Kilka minut później.

-Chłopak wjeżdża przez sporą metalową bramę z napisem ,,mens of outlaws''.

Zatrzymuje się tuż przy bramie na sporym parkingu, który jest praktycznie pusty. Na tym dość sporym placu, znajdują się dwa budynki. Po lewej stoi prostokątny pionowy budynek, a od strony Alex' a budynek z wielkim logo klubu na całej ścianie. Po prawej zaś, stoi dwuczęściowy budynek gdzie pierwsza jego część stoi w przeciwieństwie do siedziby klubu przodem do Alex' a, a u góry budynku widnieje prosty napis ,,warsztat''

Druga, wyrastająca od prawej strony warsztatu, część budynku, stojąca naprzeciwko klubu to duże garaże, gdzie pewnie również są naprawiane pojazdy.

- Alex zdejmuje kask i mijając kilka dystrybutorów z paliwem rusza w stronę klubu. Nie przechodzi nawet połowy odległości, a zatrzymuje, go czyjeś wołanie z garażu.

-Hej gdzie ty idziesz, warsztat jest po prawej.- Z ostatniego garażu wychodzi, mężczyzna wycierający ręce w jakąś brudną szmatkę.
Na oko jest w wieku Alex' a, ale jest bardziej wątły od Bakera. Ma dłuższe kręcone brązowe włosy, ciemną zieloną koszulkę w białe, czarne i brązowe paski, oraz jasne jeansowe spodnie.
Ma na sobie skórę, podobną do tych, które mieli na sobie inni członkowie klubu, co byli wcześniej w barze, ale jego kurtka nie miała żadnych naszywek, oprócz jednej z napisem ,,kadet''.

-Szukam waszego szefa, musze z nim porozmawiać?.

-W jakiej sprawie?. - Mężczyzna podszedł na tyle blisko że był niecałe dwa kroki od Alex' a.

-Mam dla niego pewną propozycje.- Mężczyzna podszedł jeszcze o krok nie spuszczając wzroku z Baker 'a.

-Zaczekaj tu chwile.- Rzucił i poszedł dalej w stronę budynku.

- Nie minęło zbyt dużo czasu a z budynku wyszło trzech mężczyzn w skurzanych kurtkach. Dwóch z nich w tym ten z, którym rozmawiał Alex zatrzymało się dość blisko wyjścia. Trzeci podszedł do Alex' a.

- Kim jesteś że zawracasz mi głowę?. - Siwy mężczyzna w okularach, pewnie niewiele starszy od szeryfa, staje przed Baker' em pewny siebie pewnie dzięki dumnemu tytułowi prezydenta wszytemu w kamizelkę.

- Nazywam się Alex Baker i przynoszę ciekawą propozycje od szeryfa.- Chłopak nie jest do końca pewny tego co robi i widać to na pierwszy rzut oka.

- Baker?, twój ojciec to Chris?.- Mężczyzna ściąga ciemne okulary pokazując ciemne, piwne oczy.

-Tak.- Odpowiada krótko.

-Przykro mi z powodu ojca.- Kontynuuje widocznie zaciekawiony samym nazwiskiem Alex' a.

-Dziękuje.

- Ja nazywam się Will Jonshon, ale mów mi po prostu Will, przejdźmy się do warsztatu.

- Chłopak bez sprzeciwu ruszył za Will' em.

-To co takiego ciekawego ma mi do zaproponowania ten starzec że nawet sam się nie pojawi.

- Niedługo w mieście ogłoszą stan kryzysowy i wszyscy w mieście będą musieli ukryć się w bezpiecznych strefach, a chodzi o to że szeryf ma za mało ludzi by zabezpieczyć takie miejsce, więc chce by klub oddał na ten czas swój warsztat i dołożył swoją ochronę, no wiesz taka strasz sąsiedzka.

 - Rozumiem, że ten problem to coś więcej niż tylko zamieszki w miastach, co się dzieje u licha.

 - Sam nie jestem pewien, ale tu chodzi, chyba o jakiegoś wirusa, który w chorego, powoduje, coś jakby wściekliznę przez, co atakują, co popadnie i kogo popadnie, gryząc i roznosząc tym tego wirusa dalej.

- Chryste, czyli na prawdę jest źle. Znam szeryfa, więc wiem że proponuje coś w zamian.

- Szeryf zapewni tobie i klubowi jedzenie i picie, które właśnie teraz zbiera z całego miasta dla obywateli.

- Obaj mężczyźni weszli już do warsztatu. Alex zatrzymał się przy wejściu i obserwował jak Will, który nic nie odpowiada idzie kawałek dalej, po czym otwiera lodówkę i częstuje Baker' a chłodnym napojem.

- Warsztat jest dość szeroki, co najmniej jakieś pięćdziesiąt metrów, dookoła jest pełno narzędzi, a kawałek dalej od Alex' a pracuje kilku mechaników, w szarych uniformach, którzy dłubią coś w motorze, a podobna scenka rozgrywa się jeszcze dwa razy, w tej części warsztatu.

- Ciekawa oferta. - Odpowiada, a Alex uśmiecha się w duchu.

-Ale to nie wystarczy.-Kontynuuje, a Alex' owi niemal nie staje serce.

- Nie wiem, czy zdołam ty przekonać klub, no wiesz chłopaki nie lubią tłoku. Wydaje mi się, że pewna przysługa od ciebie zupełności wystarczy.

- Ode mnie?. - Alex patrzy z niedowierzaniem na Willa.

- Jest taka sprawa, w sumie nic takiego, ale jak mówisz że jest tak niebezpiecznie to wole nie ryzykować życia moich chłopców.

- Czego potrzebujesz.- Odpowiada, wiedząc do czego to zmierza.

- Pojedziesz do domku byłego członka klubu i zdobędziesz dla mnie wystarczający dowód na to że on nie jest już zagrożeniem. Myślę że jego broń i naszywka z naszym logo zupełności wystarczą.

- Powinienem, coś wiedzieć na jego temat ?.- Pyta Baker, odkładając butelkę na jakimś stoliku.

.-Jedynie tyle...-Mężczyzna kładzie rękę na ramieniu Alex' a.-... że nie oczekują żadnych gości, więc uważaj na siebie.-Will uśmiecha się lekko, czego Alex nie widzi i wychodzi z warsztatu dodając jeszcze.

- Kadet będzie czekał przy bramie.

- Po paru chwilach i chłopak wyszedł z warsztatu i od razu wyciągnął telefon z kieszeni i wybrał jeden numer z kontaktów.

- Wuju, tak to ja..., tak jestem tam właśnie..., prawie znaczy, chyba tak, ale musze jezcze coś dla nich zrobić...., w sumie to chyba przywieść im dowód że ktoś już nie jest dla nich zagrożeniem.... tak,.... tak zrobię to i dam ci znać, no do później.

-Alex spojrzał w dal na bramę wejściową, gdzie ktoś siedział na motorze, nie widział dokładnie, ale był pewny że to kadet, którego już poznał. Alex ruszył w jego stronę, ale po drodze wybrał jeszcze jeden numer.

-Więc to z tobą mam jechać ?. - Alex, po kilku minutach stał już przy bramie i zagadał do faceta siedzącego do niego tyłem na motocyklu. Ten szybko wstał i skierował się w stronę Baker' a.

- Tak, tak sorki że wcześniej się nie przedstawiłem. Jestem Edd' ie.

-Alex.- Mężczyźni podali sobie ręce.

- Czekaj, słyszałem o tobie. To ty stukłeś Scott' a.

- Taa, zasłużył sobie.

- Nie zaprzeczę.- W tym samym czasie na parking wjechał kolejny samochód i zatrzymał się koło mężczyzn. Ze starego niebiesko białego forda f-250 wysiadł Matt i od razu podszedł do Alex’ a.

- On pojedzie ze mną. Oświadczył Edd' iemu Alex i spojrzał na Matt' a.

- Will o tym wie?. - Pyta Edd' ie obserwując idącego mężczyznę.

-Wie tyle ile trzeba.- Odpowiedział i podał rękę Matt' owi.

-Mężczyźni przedstawili się sobie, a Alex po spojrzeniu na zegarek, pośpieszył towarzyszy i razem ruszyli w drogę.

         Czterdzieści minut później.

-Mężczyźni zatrzymali się przed drewnianą chatką, wśród lasu, z dala od jakiejkolwiek drogi. Przed budynkiem stał stary samochód, co oznaczało że ktoś jest w środku.

- Zaczekam przed wejściem.- Rzucił Edd ściągając kask z głowy.

- Dobra, Matt idziemy.

- Mężczyzna, wyciągnął pistolet z samochodu i rzucił do Alex' a dodając.

-Przyda ci się.

-Dzięki, ale idziemy z nimi porozmawiać, a nie...- nawet nie skończył, bo Matt, wyciągnął z samochodu strzelbę myśliwską.

- Tak, czyli dla mnie pistolet ,a ty masz strzelbę.

- Miałem tylko jedną. 

- Idziemy z nimi porozmawiać, a nie ich powystrzelać, więc odłóż to weź ten pistolet. Zostaniesz przy drzwiach i miej go w pogotowiu.

- Jak sobie chcesz, ale ja tam nie wiem jak inaczej można rozmawiać z tymi wieśniakami na motorze, niż bez broni wycelowanej w ten pusty łeb.

- Wal się !. - Odpowiedział z tyłu Edd' ie.

- Alex spojrzał z ukosa na Matt' a, ale nic więcej nie dodał i obaj ruszyli do drzwi.

- Drewniane schody lekko skrzypiały, gdy po nich przechodzili, aż gdy dotarli do drzwi .Drzwi były otwarte, co zdziwiło bohaterów, ale najwyraźniej nikt się nie spodziewał gości.

- W środku było cicho i ciemno. Mężczyźni czekali chwile z wejściem do środka. Nie widzieli nikogo w środku, jedyne co tam było to dwa zamknięte pokoje oraz brzydko urządzone wnętrze z głowami zwierząt na ścianach.

Cisze przerwało kolejne skrzy panie podłogi, z pod stóp Alex' a. Mężczyźni zatrzymali się nasłuchując czy ktoś jest w środku. Gdy już w głowie Alex' a pojawiła się myśl, że może jednak nikogo tu nie ma coś z dużym impetem walnęło w drzwi po prawej, dobijając się do nich wściekle.

- Serce o mało, co nie wyskoczyło Alex' owi z piersi przy tym uderzeniu, ale opamiętał się i wskazał Matt' owi gestem, by pozostał przy drzwiach.

Nim cokolwiek mógł jeszcze zrobić, drzwi przed nim otworzyły się i wyszła z nich kobieta z wycelowanym w niego pistoletem. Była po czterdziestce, miała przetłuszczone ciemne włosy, biały t-shirt oraz stare jeansy.

- Czego chcecie !.

- Hej, spokojnie chcemy zamienić słowo z twoim mężem.

- Kobiecie trzęsie się ręka, chłopak zauważa na niej świeże ukłucia na żyłach. Trzyma ręce w górze obserwując każdy ruch kobiety i przeklina w duchu to czemu, w ogóle się na to zgodził

- Kobieta robi kilka kroków do przodu, nie spuszczając Baker' a z muszki.

- Przyszliście go zabić, prawda ?. Tylko Will wiedział gdzie jesteśmy. To parszywa gnida.
Nie pozwolę wam go skrzywdzić !.

- Słuchaj my...- Alex robi krok do przodu, ale kobieta nie wytrzymuje i jej pistolet wystrzela. Kula przelatuje obok, ale i tak chłopak odskakuje i chowa się za kanapą. Matt chowa się na zewnątrz za ścianą i dwukrotnie strzela do kobiety, trafiając w ścianę.

Kobieta, podchodzi zdecydowanie blisko Alex' a, więc ten nie czeka i rusza na kobietę.
Ćpunka mierzyła w stronę Matt' a, więc podchodzi ją od boku. Łapie ją za koszulkę i uderza nią o ścianę. Próbuje wyrwać jej pistolet, ale kobieta nie poddaje się, a broń strzela jeszcze trzy razy, co pobudza hałas za ścianą. Pistolet w końcu upada na ziemię, a Alex wolną ręką łapie kobietę za głowę i uderza nią o ścianę, przez, co ta pada nieprzytomna na ziemie.

 - Alex odkopuje pistolet kawałek dalej na wszelki wypadek i spogląda na Matt' a, który wciąż trzyma palec na spuście. Matt wchodzi do środka, robi duży krok nad kobietą i podchodzi do Alex' a.

- Co teraz ?.- Pyta spoglądając jeszcze na nieprzytomną kobietę.

- To, co trzeba. - Odpowiada zdecydowanie i chwyta pistolet Matt' a.

Podchodzą do drzwi, na sygnał Matt otwiera drzwi i Alex wchodzi do środka. Tak jak przeczuwał tą hałaśliwą istotą był były członek klubu, który teraz stoi przed nimi z oczami zeszłymi bielmem i ryczy na mężczyzn, a w tym samym momencie kula przechodzi przez jego głowę i ten rzuca jeszcze smugę krwi na ścianę i pada na podłogę.

Alex oddaje Matt' owi pistolet i klęka przy ciele. Ledwo powstrzymuje się od wymiotów, bo ogarnia go nieprzyjemny zapach. Zagląda po ciele i znajduje pistolet w kaburze. Wyjmuje go oraz nóż, który również zauważa. Przykłada ostrze do kolejnych naszywek odcinając je i zabierając wszystko oprócz noża,, który zostawia, przy ciele.

Mężczyźni wychodzą ze środka. Żadne z nich nic nie mówi, nawet gdy Edd' ie pyta jak poszło. Wsiedli do samochodu i ruszyli w drogę powrotną, przez, którą nikt nie odezwał się ani słowem.

              Niecałą godzinę później.

- Alex wciąż nakręcony po tym, co się stało od razu po podjechaniu pod warsztat ruszył w stronę Will' a, który stał przy wejściu do klubu, patrząc się na niego, opierając się o ścianę.

-Mogłeś mi powiedzieć że zastanę tam ćpunkę i jednego z tych przemieńców.

- Hej, spokojnie nie myślałeś chyba że będzie łatwo ,a co do reszty to nie miałem pojęcia, ale co z nim zrobiłeś ?.

- A jak myślisz, nie ryzykowałem i strzeliłem mu w głowę.- Will jakby uśmiechnął się jak to usłyszał, ale starał się tego nie pokazywać.

- A, co z kobietą ?. - Dopytywał dalej, ale już chyba nie cieszyło go za bardzo że Alex zostawił ją przy życiu.

- Dobra, masz coś dla mnie. - Chłopak wyjął pistolet za paska i podał go Will' owi. Dopiero teraz zauważył na rękojeści jakieś inicjały. Wyjął jeszcze z kieszeni naszywki, które zapewniły Will' a że wszystko jest tak jak chciał.

- I, co z naszą umową ?. - Pyta Alex, zmęczony już po dzisiejszych wydarzeniach, ale wciąż nie pewny, czy czasem Will nie zachce czegoś więcej.

- Wszystko załatwione, rozmawiałem już nawet z szeryfem, od jutra zacznie wprowadzać ludzi. -Dopiero teraz Alex czuje ulgę i nagle czuje jak całe napięcie odchodzi. Kiwa już tylko głową i odchodzi chcąc iść odpocząć do swojego domu, ale słyszy jeszcze za pleców.

- Do następnego razu.- Chłopak nic nie odpowiada, choć korci go, by odpowiedzieć że nie ma na, co liczyć.

- Wsiada na motor, przekręca stacyjkę i rusza w ostatnią dzisiejszą podróż.
Po paru chwilach jest już na miejscu. Ściąga kask, i rusza do drzwi. Otwiera je i wchodzi do środka, gdzie jest już tak cicho, bo słychać telewizor z salonu. Ściąga buty i przechodzi przez pomieszczenia do salonu, a kobieta siedząca na fotelu, omal nie mdleje ze szczęścia, gdy widzi swojego syna. Mgnieniu oka starsza kobieta w starych rzeczach przytula Alex' a, roniąc przy tym łzę.

- Wróciłeś, mój synek wrócił.- Alex odwzajemnia uścisk zauważając Ally z tyłu uśmiechającą się do nich, a po chwili nawet ona dołącza do rodzinnego uścisku.

- Po ponad godzinie, opowiadania o swoich przeżyciach z pominięciem szczegółów dzisiejszego dnia Alex wchodzi do swojego pokoju. Nic tam prawię się nie zmieniło kilka plakatów na ścianie, oraz kilka nagród sportowych na półce. Alex westchnął przypominając sobie, wiele z życia, po czym padł na łóżko i szybko zasnął nie myśląc już o tym, co musiał dzisiaj zrobić.

 


środa, 4 lutego 2015

Rozdział 1



Rozdział 1.

Dzień później.

- Po interwencji policji, w barze Alex ‘a i innych przewieziono na komisariat, ale ze względu na utratę przytomności i podejrzeniami o wstrząs mózgu trafił do miejskiego szpitala.

- Do pojedynczej sali w, której leżał Baker wpadały poranne promienie słońca rozświetlając pokój i częściowo łóżko na, którym aktualnie spał. Pomieszczenie było nie wielkie, a przynajmniej takie się wydawało, bo większość miejsca zajmowało łózko i niezbędne jak na profesjonalny szpital urządzenia. Na przeciwko łóżka w odległości jakiś dwóch kroków była już ściana z małym oknem z, którego widać było hol i drewniane drzwi takie same jak w innych salach. Twarz Alex' a, w niektórych miejscach pokrywały opatrunki i małe zadrapania. Nie wyglądały one groźnie w porównaniu o gips na prawej ręce.
Na sali oprócz Alex ‘a była jeszcze jedna osoba, która po wypełnieniu jakiś formularzy, usiadła przy lewej oświetlanej przez słońce, stronie łóżka.

-Alex, Alex... obudź się.-Spokojny kobiecy głos, który jakby jest skądś dobrze znany, chłopak bierze za sen, ale ciągłe irytujące dźganie w ramie w końcu obudziło Baker ‘a.

-Co, co jest?. Moja głowa, gdzie ja....
 -Alex zrywa się z łóżka, ale tajemnicza osoba zatrzymuje go i ten ponownie kładzie głowę na poduszkę.

-Uspokój się. Jesteś w szpitalu w Maron. Pamiętasz co się wczoraj wydarzyło?.- Ten spokojny, ciepły głos, który Alex wziął za sen, to pani doktor w białym kitlu, którą w pierwszej chwili Alex, widzi jakby przez pryzmat wody. Rozmyty obraz dopiero po kilku chwilach, ukazał prawdziwe piękno wysokiej kobiety o jasnych, długich, kręconych blond włosach.

-Taa, tak pamiętam, chyba...- Chłopak ścisnął zęby czując nagle silne ukłucie bólu, jakby ktoś przewiercał jego głowę.- Doszło do bójki z jakimś dupkiem. Nieźle go stłukłem.

- Yhym, ale to ty leżysz w szpitalu z pękniętą ręką i nie pamiętasz jak tu trafiłeś.

-Słuszna uwaga.-Dodał łapiąc się za głowę, jakby miała zaraz pęknąć na milion kawałków.-Kobieta zaśmiała się z lekko przy tym się uśmiechając. Dopiero w tedy Alex, przypomniał sobie że zna ten uśmiech, że zna tą kobietę, ale nie mógł przypomnieć sobie jej imienia, jakby nieodwracalnie wyleciało mu to z głowy.

-Poleżysz, tutaj jeszcze parę godzin i ktoś wypisze cię do domu.-Lekarka w tym samym momencie wstała i skierowała się do wyjścia, ale nagle padło w jej kierunku pytanie.

-Głowa, mnie okropnie boli, czy dostane coś na ból?. -Oczywiście - Odparła zatrzymując się i ponownie podchodzi do łóżka, dając okazje Alex' owi na sprawdzenie plakietki identyfikacyjnej.-Sprawdzę jeszcze raz czy nie masz pękniętej żadnej kości.- Dotyka delikatnie głowy Baker ‘a, a w tej samej chwili chłopak spogląda na plakietkę.-Sara Wayland.

-W jego głowie zapaliła się zielona lampka, bo już wie skąd ją zna. Kilka lat temu jeszcze w liceum byli dla siebie najlepszymi przyjaciółmi, ale w pewnym momencie coś pękło i coraz bardziej oddalali się od siebie. Aż po dziś dzień, kiedy kilka minut zajmuje mu przypomnienie sobie jej imienia, więc można sobie tylko wyobrazić jak bardzo od siebie odeszli.
- Wszystko wygląda dość dobrze, a co do bólu to pielęgniarka za chwile poda ci środek, przeciwbólowy, więc będzie dobrze.-Chłopak nawet nie zwrócił uwagi, że lekarka skończyła doglądać jego głowę i znów podchodzi do wyjścia.

- Sara, dziękuje.- Ooch, nie ma za co to moja praca.-Kobietę dziwią te miłe słowa, ale nie chce tego po sobie poznać.

-Poważnie i przepraszam że się nie odzywałem przez tyle czasu.

- Byłeś zajęty. Rozumiem.- Sara ponownie się uśmiecha i wychodzi za drzwi. Nie mija nawet chwila a do Alex ‘a dociera krzyk kobiety za drzwi i nie zważając na ból i pękniętą rękę, na której dopiero zauważa biały gips od dłoni aż do początku łokcia, zrywa się z łóżka i podchodzi do drzwi.

-za drzwiami po prawej, widzi Sarę przerażoną widokiem, który ma przed sobą.
Po lewej na brudnej od krwi podłodze leży najpewniej już martwa pielęgniarka. Jej ubranie całe jest zabrudzone własną krwią wyciekającą z kilku małych i jednej większej rany ciągnącej się po prawie połowie szyi.
Gorsze w tym jest to że przy ciele siedzi przykucnięty napastnik, który pożera kobietę. Wygląda na zwykłego niedużego nastolatka, oraz po mocno brudnym stroju wiadomo że to pacjent. Jedno jest wiadome to nie człowiek, nawet jeśli nie licząc tego co właśnie robi, to jego zeszłe bielmem oczy mówią jedno.

JEST JEDNYM Z ZARAŻONYCH.

-Nim ten pacjent zdąża cokolwiek zrobić, Alex wciąga jednym ruchem lekarkę do środka, ale nim zamyka drzwi pacjent rzuca się na niego i bez trudu powala na ziemie.
Alex broni się jak może, ale nie może zdjąć z siebie lodowatego faceta. Ten próbuje ugryźć Bakera, ale wbija swoje zęby w Gibbs, na którym pojawiają się ślady pęknięcia.

-Sara nadal bezskutecznie woła pomocy, ale w pewnym momencie chwyta doniczkę z małymi kwiatkami i rzuca ją prosto w napastnika dzięki czemu Alex' owi udaje się go zrzucić na ziemie.

-Nie tracąc czasu Baker wstaje a w oczach czernieje mu obraz i kręci mu się w głowie. Nieustępliwy pacjent też nie daje za wygraną i ponownie rzuca się na chłopaka. Na szczęście tym razem Alex nie daje się powalić na ziemie i z wielkim trudem rzuca rywala wprost na okno które pęka i napastnik wylatuje na ziemie uderzając jeszcze głową o ścianę następnego pomieszczenia.
Chłopak chwieje się na nogach i pada na ścianę zsuwając po niej mimowolnie. Kobieta, nie czeka i czym prędzej zamyka drzwi, ale gdyby ktoś chciał ich jeszcze skrzywdzić, na pewno zrobił by to przez rozwalone okno, więc pewnie mają już z głowy tego chorego nastolatka.

-Kobieta nie patrząc na ciała za oknem, siada przy dyszącym ze zmęczenia Alex' ie.

- Jesteś cały. Jej głos drży, gdy spogląda na gips.

- Spokojnie, nic mi nie jest.- cały czas dyszy ze zmęczenia po tej ciężkim starciu.

-Jak myślisz ta wścieklizna to będzie duży problem.- Pyta Alex gestem wskazując na faceta pewnie już martwego za ścianą.

- Nie wiem.- Gdy to mówiła na korytarzu pojawia się ochrona.

- Chryste Panie. Leć po lekarza ! Szybko !!.

- Alex wraz z Sarą podnoszą się do rozbitego okna i widzą dość dużego ochroniarza, który spogląda raz na nich, a raz na ciała. Ciało pacjenta przyciągało uwagę, choćby z tego powodu że prawie 15-centymetrowy kawałek szkła przebił serce i płuco więc ten powinien być w stu procentach martwy, a nadal poruszał ustami i białymi jak księżyc oczami.

20 minut później.

-Tak, więc reasumując gdy Sara wyszła, zaczęła krzyczeć, ty podbiegłeś do niej, a ten facet rzucił się na ciebie, więc wyrzuciłeś go przez okno.- Przez dwadzieścia minut sytuacja się trochę zmieniła. Alex miał już na sobie swoje ubrania, ponieważ został wypisany, a facet, który jest z nim w sali to tutejszy szef policji Charles Johanson.
-Mam ci w to uwierzyć, nie doszło tu czasem do żadnej kłótni.

-Nie przecież mówię jak było wuju, ja nawet nie znam tego gościa, a swoją drogą był taki zimny jakby już nie żył.

- Stary mężczyzna z siwymi włosami usiadł na łóżku obok Alex’ a.- Wydaje mi się że się nie mylisz.

-Co o czym ty mówisz?.

-Szeryf wzdychając włączył telewizor, pilotem, którego znalazł na stoliku obok łózka. Włączył przedwczorajszy reportaż o rozpuszczającej się epidemii wśród ludzi.

-Ta ich epidemia, to jakaś pieprzona, epidemia, cholernych zombie.

-Zombie?, ale jak?. - Chłopak nie wierzył w to co słyszał myślał że to jakiś żart, ale wszystko układało się w całość.

- Jak to powstało i jak się rozprzestrzenia, nie mam pojęcia, ale jutro prezydent ma ogłosić orędzie w tej sprawie, a w tym samym czasie ja wraz z burmistrzem powiemy to miastu.

- I co zamierzacie z tym zrobić, znaczy jak nie dać wejść temu cholerstwu do miasta.

-To chyba już tu jest.- Starszy zakasłał i kontynuował.- Sam przecież byłeś tego świadkiem. Gorsze w tym jest to że musiałem wysłać połowę ludzi do dużego miasta, przez co nie mam już ludzi, których mógłbym wysłać do ochrony strefy, gdzie ukryjemy cywili.

-Może mogę jakoś pomóc?.- Szeryf zaśmiał się i dodał.- Jak znajdziesz miejsce gdzie moglibyśmy schować ludzi i ich bronić to tak.

-Po chwili ciszy Alex odpowiedział.- A ten warsztat przy w pobliżu 69.

-Policjant popatrzał się ze zdziwieniem i odrzekł.- Chyba wiesz że to miejscówka mens of outlaws.

-Chłopak coraz pewniejszy swojego pomysłu kontynuował.- Na pewno było by coś co by ich przekonało.

-Niby co?. - Przerwał starzec.

-Po kolejnej chwili ciszy Alex odpowiedział.- A gdyby tak, policja zebrała cały prowiant ze sklepów dla ludzi w bezpiecznej strefie. Motocykliści pewnie chętniej, woleli by układ, w którym to w zamian za dach nad głową i ochronę dla mieszkańców również by dostawali jedzenie i wodę niż jakby mieli by ryzykować wyprawy po własne zapasy.

-Genialne, tylko że oni nie chętnie rozmawiają z glinami, więc mógłbyś z nimi porozmawiać.
.Ja, sam nie wiem czy nadaję się do takiej roboty.-Chłopak spuścił głowę i w jego głosie nie było już takiej pewności siebie.

-Spójrz na mnie, wiesz że wierzyłem w twojego ojca prawda, tak samo wirze w ciebie synu.

-Dobra spróbuje- Te słowa wiele dla niego znaczyły, bo wiedział jakim istotnym wzorem był jego ojciec dla wuja, który nawet po śmierci ojca Alex' a dalej wierzył w Christophera Baker' a.

-Zadzwonię do ciebie kiedy tylko załatwię sprawę ze sklepami, a i mam coś dla ciebie.-Mężczyzna wyciągnął z kieszeni kluczyki i wręczył je Alex' owi.

-Odstawiłem go pod szpital.

-Dzięki wuju.- Na twarzy Alex’ a momentalnie pojawił się uśmiech.-Dobra leć już i odwiedź matkę, bo ktoś czeka tam na ciebie.-Szeryf poklepał chłopaka po ramieniu, a ten wyszedł z pokoju i skierował się ku wyjściu ze szpitala.

-Po drodze na moment zobaczył Sarę, ale żadne z nich nic nie powiedziało, tylko Alex kiwną głową w jej kierunku, a ta odwzajemniła to serdecznym uśmiechem.