poniedziałek, 16 marca 2015

Rozdział .4.



Rozdział .4.


-Kim jesteście ?. - Ponownie pada pytanie, które dobrze pasuje do oby dwóch stron. Z jednej Alex, Matt i Edd' ie, a z drugiej w ciemnej klatce stoi kilka osób, ale każda jest tak zasłonięta ciemnościami, że nie widać twarzy żadnej z osób.

Z otwartych drzwi wejściowych, dobywają się czyjeś kroki. Są powolne i niemrawe, ale liczne. Alex wie że jeśli nic nie wymyśli, będą mieli nie lada problem.

Baker robi krok do drzwi, ale za cienia wyjawia się jedna z osób i mierzy z jakieś strzelby do niego.

Chłopak zastyga w bez ruchu, zaglądając raz na strzelca raz na drzwi.

- Kim jesteście ?. - Pyta ponownie strzelec. Nie widać jego twarzy, ale słychać twardy, stanowczy męski głos. Mija chwila zanim ktokolwiek, cokolwiek odpowiada.

- Nie chcemy problemu, schowaliśmy się jedynie przed tymi stworami.- Odpowiada Edd' ie trzymając na wypadek, ręce w górze.

- To nie oni tato, odłóż broń. - Z ciemności słychać kolejny tym razem bardziej spokojny, kobiecy głos.

- Odsuń się Kate. Mężczyzna robi krok w stronę Alex' a i pozostałych, ale jego twarz wciąż jest nie widoczna.

- Tato proszę. - Ale mężczyzna jakby nie słyszał zwraca się w stronę Baker' a.

- Odłóżcie całą swoją broń na ziemie i odsuńcie ją.- Mężczyźni patrzą po sobie i nie chętnie spełniają polecenie. Na nie szczęście do środka wpada zagubiony zombie, w postaci dwudziesto-kilku letniej kobiety, z poważnym złamaniem lewej ręki, ale nikt jej nie nie zauważa.

- Jesteście ze strefy bezpiecznej ?. - Pyta, starzec nie spuszczając z celownika mężczyzn.

Alex chciał już odpowiedzieć, ale zauważa zombie, które rzuca się w jego kierunku.

Chłopak odsuwa się, a strzelba wystrzeliwuje, raniąc zamiast Alex' a, Edd' iego, który pada w kąt, ciągnąc za sobą na ścianie ścieżkę krwi.

Alex łapie potwora za kark i ciska nim o betonowe schody. Matt w tym czasie łapie z ziemi małą siekierkę, ale gdy już ma zakończyć żywot stwora, zamiera.

Zombie nie czeka i już próbuje wgryźć się w szyje Matt' a. Na szczęście Alex odciąga na czas potwora i ponownie rzuca nim. Tym razem zombie trafia na drzwi wejściowe od których się odbija i wypada na zewnątrz. Alex doskakuje do drzwi i zamyka je zanim zaciekawione hałasem zombie zdarzą wejść do środka.

- O Boże, tato coś ty zrobił. Z cienia wybiega młoda blond włosa kobieta, która mija siedzącego na schodach Matt' a i klęka przy Edd' iem.

- Ej, żyjesz ?. Odezwij się.

- Tak to tylko ramie. - Chłopak próbuje się podnieść, ale przez okropny ból, zostaje na miejscu.

- Ja nie chciałem, ja tylko...- Z cienia wyłania się kolejna osoba. Stary sześćdziesięcioletni mężczyzna w jeansowej kurtce i z przewieszoną przez ramię małą torbą z butlą tlenową, którą ma podłączoną przez małe rurki do nosa.

- No dalej zanieśmy go do góry. Ej ty- Zwraca się do Alex' a, nieznajoma kobieta.

- Pomóż mi go zanieść na górę. - Chłopak bez wahania chwyta Edd' iego pod drugie, zdrowe ramię i wraz z kobietą niosą rannego do góry.

          Dwie godziny później.

W pokoju oprócz bohaterów i poznanych wcześniej Kate i jej ojca John' a, byli jeszcze Irlandczyk Patrick z ciemnymi gęstymi, choć nie za długi włosami, który stał przy oknie w jakieś ciemnej kurtce i w starych spodniach i gapił się na sporą gromadę stworów łażących bez celu po ulicy.

Drugi nieznajomy to małomówny dziewiętnastoletni Kyle, który siedział przy stole opierając ręką głowę, co chwila zamykając i otwierając oczy. Obok siebie, trzymał opartą o ścianę kuszę myśliwską i i kilka luźno leżących na ziemi bełtów.

Alex wraz z Matt' em siedzieli na ziemi oparci o ścianę. Edd' ie, ze zabandażowanym prawym ramieniem leżał półprzytomny na zużytej kanapie, spoglądając, co trochę na siedzących obok Kate i jej ojca.
Przez większość czasu nikt się nic nie mówił przez, co dobrze słychać było hałas z ulicy, kiedy to od czasu do czasu jakiś zombie wpadał na kubły od śmieci lub na innego truposza.
W pewnym momencie cisze przerywa pytanie od Alex' a.

- Tak, więc wtedy na korytarzu Kate, mówiłaś to nie oni, co miałaś na myśli ?.

- On naprawdę nic nie wie. - Odpowiada momentalnie siedzący przy stole Kyle.

- Kyle. - Uspokaja go dziewczyna.

- Nie, niech się dowie, co za rzeź się tam wydarzyła. - Mówiąc to wstaje i przechodzi na centralną część pokoju ściągając na siebie całą uwagę.

- Kyle, proszę. - Ponownie próbuje go uspokoić dziewczyna.
Chłopak stoi przez chwile w milczeniu bacznie obserwując Alex' a i dodaje w kierunku dziewczyny. - Jak sobie chcesz. – Po czym chwyta kusze i kilka bełtów i wychodzi przez drzwi wejściowe i trzaska drzwiami.
Kate wychodzi pośpiesznie za nim. Chwile po tym starzec mówi w kierunku Alex' a.

- Stracił rodzinę trzy dni temu, właśnie w tej bezpiecznej strefie.

- Alex zbiera się, by dopytać w jaki sposób, zombie się przedarły, ale John już odpowiada.

- Nie wiadomo jak, się dostały do wewnątrz strefy. Niektórzy mówili że te stwory same znalazły jakąś dziurę w ogrodzeniu, przez którą weszły, ale Patrick mówi że widział jak jakaś grupa z zewnątrz zaatakowała żołnierzy i sama wpuściła zombie.

- Taa. - Odpowiada Irlandczyk, siedząc pod oknem i bierze spory łyk, jakiegoś napoju z manierki, którą chowa z powrotem do kiszeni w kurtce.

 - Przechodziłem niedaleko bramy, było dość ciemno nikogo oprócz kilku pilnujących żołnierzy nie było w tym czasie na dworze. Nagle usłyszałem kilka strzałów i czyiś krótki krzyk. Nie widziałem za dobrze, ale jestem pewien że jacyś kolesie zatłukli do śmierci jakiegoś bezbronnego żołnierza a, po chwili otworzyli bramę i nie trzeba było czekać długo aż ci popaprańcy się zjawią i zaczęła się prawdziwa jatka.
....nie mogłem nic zrobić ich było za dużo, nie dałbym zamknąć bramy. - Patrick przerywa, nie mógł dalej opowiadać, łzy same wypłynęły z oczu. Chłopak dwukrotnie powtarza sobie coś pod nosem. - .... nie mogłem... – Po czym bierze kolejny duży łyk z manierki i ponownie spogląda przez okno.

- Spotkaliśmy go gdy próbował ratować kogo się da w obozie. Po drodze dziewczyna, którą cudem wcześniej uratował zgubiła się. Szukał jej, ale miała nikłe szanse przeżyć w pojedynkę. Chłopak załamał się i od tego czasu praktycznie nie rozstaje się z butelką.

- Bardzo mi przykro, z powodu tego, co wam się przytrafiło, ale muszę zapytać czy nikt więcej się nie uratował. Szukam brata mojej przyjaciółki, policjant Wayland może słyszeliście o nim.

- Starzec zastanawia się, a przez moment, a jakby wszystko dookoła ucichło, słychać kompletną ciszę, która jedynie naruszana przez delikatny szum drzew jest tak łagodna, że można by zapomnieć na chwile o zagrożeniu, które czyha na zewnątrz.

- Wątpię, o nikim takim nie słyszałem. - Odpowiada po chwili starzec, przerywając kojącą ciszę.

- Ale była masa policjantów, więc kto wie. Na pewno jeśli już ktoś uratował to na pewno istniał by z nimi kontakt przez radio, ale skąd takie znajdziesz.

- Przyjechaliśmy tutaj radiowozem, więc można by spróbować. 

- Brzmi rozsądnie. - Odpowiada ziewając John.

- Alex również ziewa, po czym spogląda na Matt' a i Edd' iego, którzy już usnęli.

- Ustalimy, co i jak jutro. Na razie idź spać. - Mówi starszy mężczyzna podając koc Alex' owi, po czym bierze kolejny koc i wychodzi z pokoju.

- Zrobił tak jak mówił, ale gdy wszyscy już spali Alex jeszcze leżał i długo myślał, co się dzieje z tą dwójką policjantów, których zgubili w całym zamieszaniu na ulicy. Chłopak długo myślał czy żyją, czy nie. Po prawię godzinie oczy same mu się zamknęły i zasnął na kilka godzin w budynku, gdzie prawie nikogo nie zna i otoczony przez dziesiątki lub i nawet setki zombie.

          Kilka godzin później.

- Alex budzi się jako ostatni. Siada na kocu i przeciera oczy. Poranne promienie słońca już dawno zawitały do miasta. W pokoju nie ma prawie nikogo oprócz Matt' a stojącego przy oknie. Chłopak zbiera się pomału do siebie i podchodzi do Matt' a.
Przyjaciel wita go spojrzeniem i dalej obserwuje ulice.

- Trochę się ich rozeszło przez ten czas. - Mówi Matt, a jego mina świadczy o tym, że coś jest nie tak. Nim jednak Alex zdąża zapytać o cokolwiek, to drugi mężczyzna rozpoczyna rozmowę.

- Wtedy na korytarzu, zobaczyłem w tej kobiecie coś znajomego i nie mogłem nic zrobić. Ja zamarłem. Choć wiedziałem, co muszę zrobić, nie mogłem do tego się przekonać. Ja naprawdę Alex, nie wiem czy to
nie są nadal ludzie.

- Ona próbowała cię ugryźć, ludzie tak się nie zachowują. Co gdyby ta kobieta, chciałaby dopaść twoje dziecko. Pozwoliłbyś byś jej na to zastanawiając się, co robić czy złapałbyś za kij i zrobił, co należy. - Alex kładzie rękę na jego ramieniu i dodaje.

- Robimy, co trzeba. Nie wiadomo czy tam gdzieś Carter i Rose jeszcze żyją, ale sprawdzimy to i mam nadzieję że mi w tym pomożesz, bo bez ciebie nie dam rady, a wybrałem ciebie do tej wyprawy, bo w ciebie wierzę.

- Widać że słowa poruszyły Matt' em, ale w tym samym czasie ktoś wchodzi do pokoju, więc Alex odwraca się by zobaczyć, kto wszedł.

- Młoda kobieta stoi przy drzwiach i gestem woła do siebie chłopaka. Ten poklepuje po ramieniu jeszcze Matt' a i idzie za dziewczyną, biorąc jeszcze zielone jabłko ze stołu i bierze dużego gryza. Przechodzi przez jakiś ciemny pokój, by z niego przejść do kolejnego jasnego pomieszczenia gdzie stał przy otwartym oknie Edd' ie wraz z Patrick' iem i Kyle' em.

- Co jest ?. - Pyta podchodząc do nich bliżej. Pierwszy raczy mu odpowiedzieć Kyle, który opiera się o ścianę z założonymi rękami.

- Rozmawialiśmy o tym jak stąd się wydostać i Edd' ie zauważył tam w uliczce furgonetkę. - Alex przygląda się i zauważa szarego, starego vana, który stoi zaparkowany w uliczce obok sklepu ze zdrową żywnością, a dookoła kręci się spora grupa zombie.

- Problem w tym że nie wiemy jak pozbyć się tych skubańców. - Dodaje jeszcze Edd' ie.

- Jakby można było odwrócić ich uwagę czymś na tyle, by ktoś zdążył odpalić wóz.

- Alex bierze kolejny gryz jabłka. - Dacie rade odpalić go jeśli udało by nam się tam dobiec. - Mówi przełykając kawałek owocu.

- Mężczyźni patrzą po sobie, gdyż żaden z nich nie spotkał się w życiu z odpalaniem samochodu bez kluczyków.

- Ja bym mogła. - Odzywa się Kate, a wszyscy dookoła patrzą na nią zdziwieni.

- Mój były był mechanikiem i pokazał mi kiedyś kilka sztuczek. Faceci dalej patrzą na nią ze zdziwieniem, a Kate dodaje. - Spokojnie żadnego auta nie ukradłam, luzzz.

- I tak nie wiemy jeszcze jak ich stamtąd wykurzyć. –Odzywa się Alex i w tym samym czasie wyrzuca przez okno niedojedzone jabłko.
Owoc przelatuje nad ulicą i roztrzaskuje się na ścianie budynku z naprzeciwka, przyciągając uwagę kilku przemieńców, którzy podchodzą zainteresowani hałasem bliżej ściany.

- Mam plan. - Dodaje krótko, nie odrywając oczu, od miejsca rozbicia jabłka.

        20 minut później.

- Dobra, jeszcze raz. Ja z Patrick' iem biegniemy do radiowozu, a w tym czasie Kate z Luke' iem idą do vana odpalają go i jadą po nas z powrotem. Reszta rzuca czym się da o inne budynki by odciągnąć tyle zombie i ile się da. Jakieś pytania ?.

- Nikt się nie odzywa, więc Alex spokojnie dodaje. - Wyruszamy za kilka minut, przygotujcie się i czekajcie na korytarzu.

Wszyscy rozchodzą się i w pokoju z otwartym oknem zostają tylko Alex i Matt.

- Ej, słuchaj. - Zaczyna Matt.

- Przemyślałem to, co powiedziałeś wcześniej i masz racje. Wiem już, co powinienem robić, więc uważam ż bardziej się przydam z wami na ulicy.

- Dobrze wiedzieć, ale chce mieć pewność że dadzą rade z odwróceniem uwagi, a żeby ją mieć, to chce żebyś tam był.- Odpowiada Alex podchodząc do plecaka i wyciągając z niego pełny magazynek, który wkłada do pistoletu. Zakłada plecak z wystającą rękojeścią kija bejsbolowego i dodaje przed wyjściem. -

Życz mi szczęścia. – Po czym wychodzi i daje znak John' owi, by zaczęli odciąganie pobliskich zombie.
Schodząc po schodach chłopak słyszy dźwięk rozbijanego szkła i żywych oddalających się kroków.

Wszyscy już stoją przy drzwiach, kiedy Alex podchodzi by sprawdzić jak wygląda sytuacja na zewnątrz. 
Większość przemieńców odsunęła się na tyle że droga wygląda na miarę bezpieczną.

- Alex spogląda po raz ostatni za siebie, zauważa u Patrick' a odkręconą butelkę alkoholu, ale nie pyta i otwiera drzwi.

Wszyscy wybiegają Kyle razem Kate nie czekając pobiegli w stronę samochodu powalając przy tym kilkoro zombie. Alex spogląda ponownie na Patrick' a, który pośpiesznie wpycha kawałek szmatki w otwór butelki, po czym podpala materiał i rzuca w największą grupę zombie.

Te płonąc zaczynają miotać się we wszystkie strony wpadając na innych i ich podpalając. Widok jest dość zabawny, ale mężczyźni zaczynają odwracają się i biegną do radiowozu. Alex stara się omijać przemieńców, aż w końcu jeden prawie, co na niego nie wpada, przez, co chłopak zmuszony jest do wyjęcia kija i przebicia się dalej siłą.

Nim ktokolwiek podchodzi do niego zbyt blisko, Alex wali go w głowę, co pozwala mu przejść dalej.
Najpierw uderza starszego mężczyznę, potem jakąś kobietę i jeszcze kilka innych zombie, aż udaje mu się przebić przez ulice i wbiec za towarzyszem do małej uliczki.

Chłopak dyszy ze zmęczenia i opiera się plecami o ścianę. Jego koszula jest cała brudna z krwi i ludzkiej tkanki. Chłopak zdejmuje ją zostając o samej białej koszulce i jeansach. Patrzy na Patrick' a, który też jest brudny z krwi, po czym dodaje z uśmiechem.

- Łatwizna, co nie ?.

- Irlandczyk odwzajemnia uśmiech nie dodając nic więcej.

- Mija chwila, zanim idą dalej, a po chwili marszu docierają do radiowozu.
Alex otwiera drzwi i od razu chwyta za krótkofalówkę.

- Halo słyszy mnie ktoś ?. - Pyta, ale w odpowiedzi słyszy tylko cichy szum radia.

- Ponawia pytanie i dalej cisza. Gdy już traci nadzieje z radia odzywa się znajomy głos.

- Alex, to ty ?.

- Carter, ty żyjesz. Gdzie jesteś przyjedziemy po was. - Odpowiada Alex, obserwując jak van z Kate i Luke' iem podjeżdża koło nich. Niestety za samochodem kroczy spora grupa zombie, więc wszyscy pośpieszają Baker' a.

- Głos w radiu syczy z bólu, po czym mówi. - Nie wiem gdzie jestem wbiegliśmy z Rose do jakiegoś sklepu z lekko uchyloną kratą. Naprzeciwko nas jest jakaś kwiaciarnia z czerwonymi baldachimami.

- Wiem gdzie to jest. - Odzywa się ktoś z tyłu.

- Zaraz po ciebie przyjedziemy, wytrzymaj. - Kończy Alex i odkłada krótkofalówkę.

- Wsiada z tyłu do vana kilka kroków przed nadciągającymi zombie. Zatrzaskuje drzwi i czuje jak samochód ostro rusza do tyłu. Chłopak pada na podłogę i słyszy jak, co chwila, coś roztrzaskuje się o tylne drzwi vana. Po chwili samochód bierze duży zakręt i wjeżdżają na ulice.

Podróż trwa zaledwie chwile. Zatrzymują się przy sklepie naprzeciwko kwiaciarni. Jesteście tego pewni chłopcy ?. - Pyta z przodu Kate patrząc na dużą hordę zombie, kroczącą na nich z każdej strony.

- Zajmie mi to chwile. - Odpowiada Alex otwierając drzwi i od razu atakuje najbliższego przemieńca. Stara kobieta nie ma szans z metalowym kijem bejsbolowym i szybko pada na ziemie. Za Alex' em do budynku wchodzą również Luke i Patrick.

Przechodzą pod lekko otwartą kratą i są w środku. Pomieszczenie to niewielki sklep elektroniczny. Kilka po przewracanych regałów i mnóstwo krwi na podłodze. Kilka kroków dalej od bohaterów leży zmasakrowane ciało funkcjonariuszki Rose. Na ciele widać wiele ran postrzałowych z tego jedna przechodząca przez tył głowy.

Strużka krwi na podłodze prowadzi Alex' a i pozostałych na zaplecze gdzie leży oparty o ścianę Carter.

Większość zatrzymuje zatrzymuje się przy drzwiach trzymając bronie w pogotowie, niedowierzając że mężczyzna jest jeszcze człowiekiem.
Jedynie Alex podchodzi bliżej, trzymając dłoń na rękojeści pistoletu.

- Carter, żyjesz ?. - Pyta Baker kucając przy ciele.

- Zależy jak na to patrzeć. - Odpowiada zbolałym głosem.

- Co się stało ?.

- Ugryźli Rose, durna nic mi nie powiedziała, i przemieniła się gdzież nad ranem. Wpakowałem w nią cały magazynek, ale i tak zdołała mnie drasnąć, przez, co sam zmienię się w takiego stwora.

- Pomożemy ci, coś się wymyśli. - Alex już chce podnieść policjanta, ale ten odpycha go.

- Wiemy jak to będzie, jedyne, co możesz zrobić to wpakować mi kulkę w łeb.

- Na pewno coś się da wymyśleć. Znajdziemy jakąś bazę wojskowe. Na pewno mają już jakiś lek.

- Nie bądź głupi. - Mężczyzna syczy z bólu, kiedy odpina krótkofalówkę od pasa i podaje ją Alex' owi mówiąc. - Weź to przyda ci się. Gdyby była jakaś baza to wychwyciłbym to na kanale awaryjnym. Nie ma nic, ten kto mógł już dawno stąd uciekł.

- Czyli, co teraz. - A z ulicy słychać kolejne nawoływanie.

- Alex nie mamy czasu !.

- Idź, ale zrób coś jeszcze dla mnie.... Zastrzel mnie.

- Luke, Patrick idzie już zaraz do was przyjdę.

- Mężczyźni wychodzą prawie od razu, zostawiając ich samych. Nawet nie zdążyli wejść do samochodu, a słychać wystrzał, który płoszy wszystkie ptaki z okolicy.

Baker wchodzi bez słowa do vana i ruszają w drogę powrotną.
Zatrzymują się na chwile po John' a, Matt' a i Edd' iego i ruszają z powrotem do domu.

Mijają kolejne trzy godziny i słońce pomału zachodzi nad Maron. Samochód parkuje przy klubie gdzie większość ludzi czekała na nich. Alex wychodzi jako ostatni z vana przeciągając się po wyprawie. Podchodzi do niego szeryf i już chciał zapytać o swoich ludzi, lecz Alex odpowiada mu jednoznacznym kiwaniem głowy.

- Mężczyzna wzdycha ciężko i spogląda na Kate i pozostałych.

- A, co z nimi i strefą bezpieczeństwa w mieście.

- Spotkaliśmy ich po drodze, są dobrzy, nie zrobią problemu. A ta strefa upadła, nie wiadomo kto przeżył. Mówią że za ten upadek odpowiada jakaś grupa, która ich zaatakowała i wpuściła do środka zombie. Słyszałeś jeszcze przed tym wszystkim o jakieś grupie, która mogła by coś takiego zrobić ?.

- Nic nie wiem o takiej grupie, ale poszukam na posterunku jakiś wzmianek o takich ludziach. Lepiej pogadaj teraz z Sarą, a ja zaprowadzę naszych gości do szkoły.

- Szeryf poklepuje Alex' a po ramieniu i odchodzi. Chłopak zauważa stojącą kawałek dalej Sare i podchodzi do niej.

- Hej, jak tam ?.

- Widziałeś go, czy on....- Kobieta nawet nie kończy zdania, kiedy to ogarnia ją płacz.

 Chłopak przytula ją do siebie i odpowiada najspokojniej jak tylko może.

- Przykro mi, nie spotkałem nigdzie twojego brata, ale dużo osób się uratowało, więc nie trać nadziei.

- Tak, tak masz racje, ja tylko... sama nie wiem, myślałam że się uda. - Kobieta ledwo powstrzymuje kolejne łzy, ale nie wytrzymuje i znów wybucha płaczem.

- Już dobrze,....już dobrze.

- Po pożegnaniu z Sarą, Alex bierze od Kate kluczyki od vana i wyjeżdża spod klubu.

Nie jedzie do szkołę, gdzie ostatnio wszyscy mieszkają, tylko zatrzymuje się pod swoim domem. Otwiera drzwi i wchodzi do środka.

Wszędzie jest ciemno i pełno kurzu. Przechodzi do swojego pokoju, rzuca plecak w kąt pod biurkiem, odpina pas i kładzie go na stole. Siada na ziemi pod drzwiami i jeszcze przez długi czas myśli nad tym, co się stało. Myśli nad ludźmi, którzy zmienili się w te okropne potwory. Myśli też czy mógł coś zrobić by Rose nie zginęła i najgorsze czy spełniając łaskę umierającego dopuścił się morderstwa. Alex długo siedzi nad tym, co przyprawia go o ból głowy, aż nie usypia na kilka niespokojnych godzin.

środa, 4 marca 2015

Rozdział .3.



        Rozdział 3.


Mijają cztery tygodnie od ostatnich wydarzeń. Wielu mieszkańców Maron zamieszkało już tuż obok klubu, który regularnie dostaje swoją część zapasów, ponieważ nadal nie powrócił żaden z ludzi szeryfa wysłanych do większego miasta. Spora część mieszkańców opuściła swoje domy, by na własną rękę przetrwać ten gorszy okres w dziejach Stanów Zjednoczonych.

Niestety i tak pozostało wielu, dla których po prostu nie było już miejsca w warsztatach, a również nie chcieli oni pozostawać sami, bo choć na ulicach nie kręcili się przemieńcy to i tak nie czuli się bezpiecznie w swoich domach.

Dla takich i dla tych, którym nie odpowiadały standardy klubowe, miasto stworzyło bezpieczną strefę w zabitej dechami szkole, którą chroniło kilku ochotników i oraz resztka ludzi szeryfa.

W tej strefie między innymi żyje Alex z resztą rodziny. W mieście już od jakiegoś czasu nie ma prądu, choć szkoła ma własne agregaty prądotwórcze to i tak oszczędzają ich użycie.

Sam budynek podzielono dla większej wygody na 3 strefy, mieszkalną, czyli wschodnie skrzydło szkoły. Kilkudziesięciu obywateli śpi i mieszka po kilka rodzin w klasach na łóżkach polowych. Używają tak jak i w drugim skrzydle dla większego bezpieczeństwa tylko górnego piętra.

W zachodnim skrzydle z kilku klas zrobiono szpital polowy, przenosząc wszystkich pacjentów oraz potrzebny sprzęt oraz z jednej klasy zrobiono skład żywności.

Zarażeni wirusem pacjenci są zamknięci i przypięci do łóżek w najdalszej części skrzydła w salach pilnie strzeżonych i do których ma dostęp tylko kilku lekarzy.

Zachodnie skrzydło ma również przejście do stołówki, która oprócz swego doczesnego zastosowania, służy również jako miejsce spotkań wielu mieszkańców.

Jest słoneczna pogoda, kiedy to Alex przechodzi wzdłuż ulicy. Ma na sobie białą koszulkę i stare jeansy. Na ręce od kilku dni nie ma już gipsu, tylko lekki bandaż.

Idąc przygląda się zamkniętym w pośpiechu sklepom, restauracją. Witryny, zakryte są przez wielkie metalowe rolety, a niektóre budynki dla większej pewności mają pozabijane deskami drzwi.

Skręca w stronę komisariatu, do którego w pilnej sprawie wezwał go wuj. Przed budynkiem spotyka Sare, która trzaska w gniewie drzwiami i niemalże minęła by Alex' a bez słowa, gdyby ten nie zapytał co się stało.

- Ten stary dziad nie chce mi powiedzieć co się dzieje z Kevin' em.

- A Kevin to twój...- Brat kończy za chłopaka Sara.

- Zastępca szeryfa. Nie poznałeś go ?.

- Chłopak zastanawia się z odpowiedzią. W końcu to przez nie go Alex miał przez jakiś czas gips na ręcę. - Powiedzmy że, miałem okazji z nim porozmawiać.

- Nieważne, ale to moja jedyna rodzina i naprawdę martwię się o niego, a nikt nie chce mi powiedzieć, co z nim się dzieje.

- Porozmawiam z wujem.

- Dobra. - Kobieta bez kolejnego słowa odchodzi, co dziwi chłopaka.

Nagle za pleców słyszy wołanie szeryfa i obraca się w jego stronę.

Nim jeszcze starzec zdąża coś powiedzieć chłopak odzywa się, podchodząc również w jego stronę.

- Spotkałem Sare, czemu nie powiesz jej, co się dzieje z jej bratem.

- Sęk w tym że nie wiem. Straciłem kontakt z ludźmi ponad tydzień temu i właśnie dla tego chciałem byś przyszedł. Potrzebuje kogoś by się tam rozejrzał. Proszę o dużo, ale potrzebuje ciebie tam, bo tylko tobie ufam że mnie nie zawiedziesz.

- Sam nie wie . - Chłopak odszedł na krok i wziął głęboki oddech. Decyzja jest naprawdę trudna, bo chłopak zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństwa, ale naprawdę chce pomóc wujowi, a przede wszystkim Sarze.

- Zgoda, ale mam jeden warunek.

- Co tylko chcesz. - Odparł bez wahania starzec. 

- Sam wybiorę z kim pojadę.

- To nie będzie problem, wszyscy czekają obok klubu. Zabiorę cię tam.

              Piętnaście minut później.

- Plan jest taki. Pojedziecie dwoma wozami. Harold ty z ekipą skręcicie w 74, a Alex, ty ze swoimi ludźmi pojedziecie wprost do Nevady. Wojsko wraz z gwardią powinni być gdzieś niedaleko centrum.

- Kilkanaście osób stoi nad starannie rozrysowanymi planami na mapach, w małym pokoju w siedzibie klubu, w powietrzu czuć zapach papierosów. Alex siedzi obok Matt' a i wpatruje się z uwagą na mapę, przestając słuchać wuja tłumaczącego swój jakże dopracowany plan.

- Alex !. - Przywołuje go Will.

- Co ?.

- Wybrałeś już zespół ?. - Pyta szeryf, spoglądając na niego znad szkieł okularów.

- Tak, pojadę z Matt' em i tą dwójką policjantów, co wskazaliście.

- Niech jeszcze Edd' ie z tobą pojedzie. - Dodaje Will, nie odrywając wzroku, od jakiś notatek.

- Niech będzie.
 
- Dobra wszyscy słyszeli, wyruszacie za kwadrans, w bagażnikach macie wszystko, co może wam się przydać.- Stary mówi to, po czym wszyscy wychodzą z pokoju.

- Alex masz chwile ?. - Pyta, ciągnąc go równocześnie za rękę Will.

- Ta, co jest.

- Nie miałem okazji ci jeszcze podziękować za to, co zrobiłeś w tym domku.

- Mężczyzna podnosi z małego stolika pas , z kaburą i pistoletem w środku.

- Alex, zastanawia się chwile, bo wydawało mu się to trochę podejrzane, ale obiera prezent.

- Zanim cokolwiek odpowiedział, Will' a w pilnej sprawie zawołał inny członek klubu.

- Alex, wyszedł jako ostatni z pokoju zapinając jeszcze pas, pogoda wciąż była dobra, choć słońce zasłoniły chmury to i tak nie zapowiadało się na deszcz.

- Na placu, od razu zauważa Sare, która podchodzi do niego.

- Dziękuje że to robisz dla mnie i przepraszam za wcześniej. Byłam nieźle wkurzona i nie wytrzymałam na widok twojego wuja. Dlatego odeszłam bez słowa.

- Rozumiem, to nic takiego. - Kobieta przytula Alex' a i dodaje. - Uważaj na siebie.

- Szybko po tym odchodzi, bo i tak chłopaka woła do siebie Matt.

- Co, się dzieje Matt.- Pyta podchodząc do niego.

- Nic takiego, ale jak myślisz czy my tych ludzi, chodzi mi o tych chorych, to my ich zabijamy. Wiem że ten wirus najpierw ich uśmierca i w ogóle, ale to nadal ludzie.

- Sam nie wiem....- Chłopak naprawdę nie zna odpowiedzi na to pytanie. Wprawdzie w ostatnie dni kiedy to mieli jeszcze prąd, w telewizji mówiono o tym że ten wirus zabija, ale poczucie winy nie zanikło. Dobrze pamięta tego chłopaka ze szpitala. Często myślał kim był, co robił, czemu się znalazł w tym piekielnym szpitalu, akurat w tym dniu.
       Niecałe dwie godziny później.

Alex, jest w drodze do Nevady. Jadą radiowozem, który prowadzi jeden z ludzi szeryfa. Niejaki Cartner, taki przynajmniej ma identyfikator. Chłopak siedzi obok niego, więc dobrze może się mu przypatrzeć. Jest około trzydziestki, ma czarne krótkie włosy i jasno brązowy, tak jego partnerka mundur.

W samochodzie, panuje usypiająca cisza. Edd' ie siedzi po lewej stronie, więc kilka razy chłopak spojrzał na niego. Nie miał na sobie klubowej kamizelki, tylko dłuższy rękaw z nazwą jakiegoś zespołu.

- Nagle cisze przerywa głos w krótkofalówce.

- Słyszycie mnie ?.

- Co, się dzieje Harold ?. - Pyta Cartner, trzymając jedną ręką krótkofalówkę.

- Zaraz skręcamy, więc chce powiedzieć żebyście uważali na siebie.

- Dzięki i niech was też szczęście nie odpuszcza. Bez odbioru. - Kończy i odkłada krótkofalówkę. Alex widzi w lusterkach jak spora ciężarówka, która jechała za nimi od początku skręca i znika po chwili.

        Kolejne dwie godziny później.

Jest późny wieczór, kiedy mijają już obrzeża miasta. Wiele domów wygląda jakby były splądrowane. Nie raz widzą powybijane szyby, lub i powyrywane drzwi.

- Jezu. - Mówi do siebie Alex, na widok tego, co jest przed nimi.

- Z każdego zakamarka wyłazi, jakiś przemieniec. Wyglądają ohydnie i przerażająco. Niektóre są całe we krwi i kawałkach ludzkiej tkanki, a niektóre mają porozrywane ubrania, a skóra raz odkrywa żebra, lub i całe wnętrzności, które prawie wylewają im się z ciała. Wystające kości, lub i brak całych kości, zmusza pasażerów do odwrócenia wzroku.

Alex ledwo powstrzymuje wymioty. Teraz już na pewno wie że oni nie mogą być ludźmi, bo jaki sadysta zrobiłby by coś takiego.
Samochód przyśpiesza, a kierowca zmuszony jest do jazdy slalomem, ponieważ przemieńcy co, raz bardziej ochoczo wychodzą na drogę.

Po chwili już nie ma prawie nikogo dookoła, ale i tak mają inny problem. Droga którą mieli przejechać jest tak zablokowana wrakami, że ledwo przejeżdżają dalej w głąb jakieś uliczki ze ślepym zaułkiem.
Zmuszeni są wysiąść.

- Dobra, jak dobrze pójdzie dojdziemy jeszcze do gwardii przed zachodem.- Rzuca policjantka, której identyfikatora Alex nie może dojrzeć.

- Bierzemy po torbie i w drogę. - Cartner mówiąc to otworzył bagażnik i wyciągnął duży plecak po czym odszedł na parę kroków szukając na małej mapie miasta drogi.

Alex wyciąga, trochę mniejszy plecak. Znajduje jeszcze w bagażniku metalowy kij bejsbolowy i chowa go do połowy w plecaku, tak że wystaje spory kawałek rękojeści.

Edd' ie wraz z Matt' em oprócz plecaków wzięli małe siekierki, a Carter' owi i Rose, bo tak ma na imię kobieta, wystarczyły pałki policyjne.

- Po chwili wszyscy ruszyli. Pierwszy szedł Cartner za nim tuż Alex, Edd' ie, Matt i ostatnia policjantka.
Szli tuż przy ścianie, wysokiego wielopiętrowego budynku. Chłopak zauważył przy pasku Cartner' a krótkofalówkę przypiętą do paska. Nagle wszyscy się zatrzymali. Na ulicy w którą mieli teraz skręcić kręciła się spora horda zombiaków, blokując przejście od chodnika do chodnika.

- Niech to szlag !. - Mówi Alex.

- Spokojnie.- Uspokaja go kobieta.

- Jest jakieś obejście ?. - Pyta Edd odkładając małą siekierkę na ziemie by poprawić plecak.

- Właśnie że nie. Dobra przebiegniemy, zanim te się....- Nawet nie kończy, a Alex już mu przerywa.

- Zdurniałeś. Nie wiemy nawet, ile ich tam jest, a ty chcesz się tam pchać.

- A masz jakiś lepszy pomysł, zaraz będzie całkiem ciemno i wtedy będziemy dopiero mieli problem.

- Alex, nie mamy wyboru. - Dodaje Matt.

- Jak chcecie.- Zgadza się nie chętnie na pomysł.

- Biegniemy na trzy cały czas prosto, potem w lewo. Tylko pamiętajcie nie odchodzić od grupy.

- Po chwili cała grupka wybiegła wprost na chmarę przemieńców.

Początkowo szło po ich myśli, umarlaki nawet nie zdążały, się w porę ustawić w ich stronę, ale z czasem było coraz gęściej i musieli albo spychać, co niektóre z drogi, albo zmuszeni byli do wyciągnięcia broni.

Nim się Alex spostrzegł był już za zakrętem. Niestety reszta grupy utknęła z tym tłoku. Chłopak nie czekał dłużej. Wyciągnął pistolet i odstrzelił głowy trzem najbliższych zombie, by grupa mogła przejść.  Nie był najlepszym strzelcem i z użył prawie cały magazynek.

Gdy zobaczył że już wybiegają ruszył dalej wpychając w kaburę pistolet i wyciągając kij bejsbolowy.

Następne zombie, w postaci starszego faceta w garniturze, chłopak potraktował bardzo boleśnie. Wymierzył potężny cios w czaszkę potwora, w którym usłyszał tylko trzask kości, a potwór poleciał na ścianę, brudząc je swoją krwią.

Chłopak wbiegł do pierwszych otwartych drzwi jakiegoś budynku. Tuż za nim wbiegł Matt, a po chwili i Edd' ie.

Każdy z nich dyszał ze zmęczenia. Alex oparł się o kolana i ciężko oddychał. Czekali tak chwile, ale ani Carter' a ani Rose jak nie było tak nie ma.

- Alex chciał zajrzeć za nimi gdzie są, ale Matt pociągnął go do siebie i wskazał kilka osób gapiących się na nich z dalszego wnętrza klatki schodowej, w której byli.

Kim jesteście ?. – Padło pytanie po jednej ze stron.