Historia Apokalipsy Zombie przedstawia inną niż dotychczas pokazywaną historie rozwoju epidemii zombie. Czy Alex Baker uchroni swoje rodzinne miasto przed krwiożerczymi zombie i innymi jeszcze gorszymi ludzkimi potworami.
środa, 4 marca 2015
Rozdział .3.
Rozdział 3.
Mijają cztery tygodnie od ostatnich wydarzeń. Wielu mieszkańców Maron zamieszkało już tuż obok klubu, który regularnie dostaje swoją część zapasów, ponieważ nadal nie powrócił żaden z ludzi szeryfa wysłanych do większego miasta. Spora część mieszkańców opuściła swoje domy, by na własną rękę przetrwać ten gorszy okres w dziejach Stanów Zjednoczonych.
Niestety i tak pozostało wielu, dla których po prostu nie było już miejsca w warsztatach, a również nie chcieli oni pozostawać sami, bo choć na ulicach nie kręcili się przemieńcy to i tak nie czuli się bezpiecznie w swoich domach.
Dla takich i dla tych, którym nie odpowiadały standardy klubowe, miasto stworzyło bezpieczną strefę w zabitej dechami szkole, którą chroniło kilku ochotników i oraz resztka ludzi szeryfa.
W tej strefie między innymi żyje Alex z resztą rodziny. W mieście już od jakiegoś czasu nie ma prądu, choć szkoła ma własne agregaty prądotwórcze to i tak oszczędzają ich użycie.
Sam budynek podzielono dla większej wygody na 3 strefy, mieszkalną, czyli wschodnie skrzydło szkoły. Kilkudziesięciu obywateli śpi i mieszka po kilka rodzin w klasach na łóżkach polowych. Używają tak jak i w drugim skrzydle dla większego bezpieczeństwa tylko górnego piętra.
W zachodnim skrzydle z kilku klas zrobiono szpital polowy, przenosząc wszystkich pacjentów oraz potrzebny sprzęt oraz z jednej klasy zrobiono skład żywności.
Zarażeni wirusem pacjenci są zamknięci i przypięci do łóżek w najdalszej części skrzydła w salach pilnie strzeżonych i do których ma dostęp tylko kilku lekarzy.
Zachodnie skrzydło ma również przejście do stołówki, która oprócz swego doczesnego zastosowania, służy również jako miejsce spotkań wielu mieszkańców.
Jest słoneczna pogoda, kiedy to Alex przechodzi wzdłuż ulicy. Ma na sobie białą koszulkę i stare jeansy. Na ręce od kilku dni nie ma już gipsu, tylko lekki bandaż.
Idąc przygląda się zamkniętym w pośpiechu sklepom, restauracją. Witryny, zakryte są przez wielkie metalowe rolety, a niektóre budynki dla większej pewności mają pozabijane deskami drzwi.
Skręca w stronę komisariatu, do którego w pilnej sprawie wezwał go wuj. Przed budynkiem spotyka Sare, która trzaska w gniewie drzwiami i niemalże minęła by Alex' a bez słowa, gdyby ten nie zapytał co się stało.
- Ten stary dziad nie chce mi powiedzieć co się dzieje z Kevin' em.
- A Kevin to twój...- Brat kończy za chłopaka Sara.
- Zastępca szeryfa. Nie poznałeś go ?.
- Chłopak zastanawia się z odpowiedzią. W końcu to przez nie go Alex miał przez jakiś czas gips na ręcę. - Powiedzmy że, miałem okazji z nim porozmawiać.
- Nieważne, ale to moja jedyna rodzina i naprawdę martwię się o niego, a nikt nie chce mi powiedzieć, co z nim się dzieje.
- Porozmawiam z wujem.
- Dobra. - Kobieta bez kolejnego słowa odchodzi, co dziwi chłopaka.
Nagle za pleców słyszy wołanie szeryfa i obraca się w jego stronę.
Nim jeszcze starzec zdąża coś powiedzieć chłopak odzywa się, podchodząc również w jego stronę.
- Spotkałem Sare, czemu nie powiesz jej, co się dzieje z jej bratem.
- Sęk w tym że nie wiem. Straciłem kontakt z ludźmi ponad tydzień temu i właśnie dla tego chciałem byś przyszedł. Potrzebuje kogoś by się tam rozejrzał. Proszę o dużo, ale potrzebuje ciebie tam, bo tylko tobie ufam że mnie nie zawiedziesz.
- Sam nie wie . - Chłopak odszedł na krok i wziął głęboki oddech. Decyzja jest naprawdę trudna, bo chłopak zdaje sobie sprawę z niebezpieczeństwa, ale naprawdę chce pomóc wujowi, a przede wszystkim Sarze.
- Zgoda, ale mam jeden warunek.
- Co tylko chcesz. - Odparł bez wahania starzec.
- Sam wybiorę z kim pojadę.
- To nie będzie problem, wszyscy czekają obok klubu. Zabiorę cię tam.
Piętnaście minut później.
- Plan jest taki. Pojedziecie dwoma wozami. Harold ty z ekipą skręcicie w 74, a Alex, ty ze swoimi ludźmi pojedziecie wprost do Nevady. Wojsko wraz z gwardią powinni być gdzieś niedaleko centrum.
- Kilkanaście osób stoi nad starannie rozrysowanymi planami na mapach, w małym pokoju w siedzibie klubu, w powietrzu czuć zapach papierosów. Alex siedzi obok Matt' a i wpatruje się z uwagą na mapę, przestając słuchać wuja tłumaczącego swój jakże dopracowany plan.
- Alex !. - Przywołuje go Will.
- Co ?.
- Wybrałeś już zespół ?. - Pyta szeryf, spoglądając na niego znad szkieł okularów.
- Tak, pojadę z Matt' em i tą dwójką policjantów, co wskazaliście.
- Niech jeszcze Edd' ie z tobą pojedzie. - Dodaje Will, nie odrywając wzroku, od jakiś notatek.
- Niech będzie.
- Dobra wszyscy słyszeli, wyruszacie za kwadrans, w bagażnikach macie wszystko, co może wam się przydać.- Stary mówi to, po czym wszyscy wychodzą z pokoju.
- Alex masz chwile ?. - Pyta, ciągnąc go równocześnie za rękę Will.
- Ta, co jest.
- Nie miałem okazji ci jeszcze podziękować za to, co zrobiłeś w tym domku.
- Mężczyzna podnosi z małego stolika pas , z kaburą i pistoletem w środku.
- Alex, zastanawia się chwile, bo wydawało mu się to trochę podejrzane, ale obiera prezent.
- Zanim cokolwiek odpowiedział, Will' a w pilnej sprawie zawołał inny członek klubu.
- Alex, wyszedł jako ostatni z pokoju zapinając jeszcze pas, pogoda wciąż była dobra, choć słońce zasłoniły chmury to i tak nie zapowiadało się na deszcz.
- Na placu, od razu zauważa Sare, która podchodzi do niego.
- Dziękuje że to robisz dla mnie i przepraszam za wcześniej. Byłam nieźle wkurzona i nie wytrzymałam na widok twojego wuja. Dlatego odeszłam bez słowa.
- Rozumiem, to nic takiego. - Kobieta przytula Alex' a i dodaje. - Uważaj na siebie.
- Szybko po tym odchodzi, bo i tak chłopaka woła do siebie Matt.
- Co, się dzieje Matt.- Pyta podchodząc do niego.
- Nic takiego, ale jak myślisz czy my tych ludzi, chodzi mi o tych chorych, to my ich zabijamy. Wiem że ten wirus najpierw ich uśmierca i w ogóle, ale to nadal ludzie.
- Sam nie wiem....- Chłopak naprawdę nie zna odpowiedzi na to pytanie. Wprawdzie w ostatnie dni kiedy to mieli jeszcze prąd, w telewizji mówiono o tym że ten wirus zabija, ale poczucie winy nie zanikło. Dobrze pamięta tego chłopaka ze szpitala. Często myślał kim był, co robił, czemu się znalazł w tym piekielnym szpitalu, akurat w tym dniu.
Niecałe dwie godziny później.
Alex, jest w drodze do Nevady. Jadą radiowozem, który prowadzi jeden z ludzi szeryfa. Niejaki Cartner, taki przynajmniej ma identyfikator. Chłopak siedzi obok niego, więc dobrze może się mu przypatrzeć. Jest około trzydziestki, ma czarne krótkie włosy i jasno brązowy, tak jego partnerka mundur.
W samochodzie, panuje usypiająca cisza. Edd' ie siedzi po lewej stronie, więc kilka razy chłopak spojrzał na niego. Nie miał na sobie klubowej kamizelki, tylko dłuższy rękaw z nazwą jakiegoś zespołu.
- Nagle cisze przerywa głos w krótkofalówce.
- Słyszycie mnie ?.
- Co, się dzieje Harold ?. - Pyta Cartner, trzymając jedną ręką krótkofalówkę.
- Zaraz skręcamy, więc chce powiedzieć żebyście uważali na siebie.
- Dzięki i niech was też szczęście nie odpuszcza. Bez odbioru. - Kończy i odkłada krótkofalówkę. Alex widzi w lusterkach jak spora ciężarówka, która jechała za nimi od początku skręca i znika po chwili.
Kolejne dwie godziny później.
Jest późny wieczór, kiedy mijają już obrzeża miasta. Wiele domów wygląda jakby były splądrowane. Nie raz widzą powybijane szyby, lub i powyrywane drzwi.
- Jezu. - Mówi do siebie Alex, na widok tego, co jest przed nimi.
- Z każdego zakamarka wyłazi, jakiś przemieniec. Wyglądają ohydnie i przerażająco. Niektóre są całe we krwi i kawałkach ludzkiej tkanki, a niektóre mają porozrywane ubrania, a skóra raz odkrywa żebra, lub i całe wnętrzności, które prawie wylewają im się z ciała. Wystające kości, lub i brak całych kości, zmusza pasażerów do odwrócenia wzroku.
Alex ledwo powstrzymuje wymioty. Teraz już na pewno wie że oni nie mogą być ludźmi, bo jaki sadysta zrobiłby by coś takiego.
Samochód przyśpiesza, a kierowca zmuszony jest do jazdy slalomem, ponieważ przemieńcy co, raz bardziej ochoczo wychodzą na drogę.
Po chwili już nie ma prawie nikogo dookoła, ale i tak mają inny problem. Droga którą mieli przejechać jest tak zablokowana wrakami, że ledwo przejeżdżają dalej w głąb jakieś uliczki ze ślepym zaułkiem.
Zmuszeni są wysiąść.
- Dobra, jak dobrze pójdzie dojdziemy jeszcze do gwardii przed zachodem.- Rzuca policjantka, której identyfikatora Alex nie może dojrzeć.
- Bierzemy po torbie i w drogę. - Cartner mówiąc to otworzył bagażnik i wyciągnął duży plecak po czym odszedł na parę kroków szukając na małej mapie miasta drogi.
Alex wyciąga, trochę mniejszy plecak. Znajduje jeszcze w bagażniku metalowy kij bejsbolowy i chowa go do połowy w plecaku, tak że wystaje spory kawałek rękojeści.
Edd' ie wraz z Matt' em oprócz plecaków wzięli małe siekierki, a Carter' owi i Rose, bo tak ma na imię kobieta, wystarczyły pałki policyjne.
- Po chwili wszyscy ruszyli. Pierwszy szedł Cartner za nim tuż Alex, Edd' ie, Matt i ostatnia policjantka.
Szli tuż przy ścianie, wysokiego wielopiętrowego budynku. Chłopak zauważył przy pasku Cartner' a krótkofalówkę przypiętą do paska. Nagle wszyscy się zatrzymali. Na ulicy w którą mieli teraz skręcić kręciła się spora horda zombiaków, blokując przejście od chodnika do chodnika.
- Niech to szlag !. - Mówi Alex.
- Spokojnie.- Uspokaja go kobieta.
- Jest jakieś obejście ?. - Pyta Edd odkładając małą siekierkę na ziemie by poprawić plecak.
- Właśnie że nie. Dobra przebiegniemy, zanim te się....- Nawet nie kończy, a Alex już mu przerywa.
- Zdurniałeś. Nie wiemy nawet, ile ich tam jest, a ty chcesz się tam pchać.
- A masz jakiś lepszy pomysł, zaraz będzie całkiem ciemno i wtedy będziemy dopiero mieli problem.
- Alex, nie mamy wyboru. - Dodaje Matt.
- Jak chcecie.- Zgadza się nie chętnie na pomysł.
- Biegniemy na trzy cały czas prosto, potem w lewo. Tylko pamiętajcie nie odchodzić od grupy.
- Po chwili cała grupka wybiegła wprost na chmarę przemieńców.
Początkowo szło po ich myśli, umarlaki nawet nie zdążały, się w porę ustawić w ich stronę, ale z czasem było coraz gęściej i musieli albo spychać, co niektóre z drogi, albo zmuszeni byli do wyciągnięcia broni.
Nim się Alex spostrzegł był już za zakrętem. Niestety reszta grupy utknęła z tym tłoku. Chłopak nie czekał dłużej. Wyciągnął pistolet i odstrzelił głowy trzem najbliższych zombie, by grupa mogła przejść. Nie był najlepszym strzelcem i z użył prawie cały magazynek.
Gdy zobaczył że już wybiegają ruszył dalej wpychając w kaburę pistolet i wyciągając kij bejsbolowy.
Następne zombie, w postaci starszego faceta w garniturze, chłopak potraktował bardzo boleśnie. Wymierzył potężny cios w czaszkę potwora, w którym usłyszał tylko trzask kości, a potwór poleciał na ścianę, brudząc je swoją krwią.
Chłopak wbiegł do pierwszych otwartych drzwi jakiegoś budynku. Tuż za nim wbiegł Matt, a po chwili i Edd' ie.
Każdy z nich dyszał ze zmęczenia. Alex oparł się o kolana i ciężko oddychał. Czekali tak chwile, ale ani Carter' a ani Rose jak nie było tak nie ma.
- Alex chciał zajrzeć za nimi gdzie są, ale Matt pociągnął go do siebie i wskazał kilka osób gapiących się na nich z dalszego wnętrza klatki schodowej, w której byli.
Kim jesteście ?. – Padło pytanie po jednej ze stron.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz