wtorek, 27 stycznia 2015

Prolog




Prolog.
Ciemne, deszczowe chmury zawitały w lipcowy wieczór, w małym miasteczku Maron, gdzie grupka przyjaciół, świętowała powrót ich kompana Alex ‘a Baker' a. Ten dwudziesto-dwu latek, nie wrócił do tej małej zapomnianej przez Boga mieściny bez powodu, a nie były nimi niespełnione marzenia zostania pisarzem bądź muzykiem z, którymi wyjechał niecałe dwa lata wcześniej, tylko nieszczęśliwa śmierć jego ojca Christopher' a Baker'. Policja nie do końca mogła ustalić przyczyny śmierci.
 Początkowo uznano to za pobicie z skutkiem śmiertelnym na tle rabunkowym, ale przy ciele znaleziono portfel i dokumenty.
Do tego na jaw wychodziło coraz więcej powiązań ojca Alex' a z typami z przestępczego pół-światku z czego niektóre, łączyły go z liderem grupy, motocyklistów o, których słyszano nie jedną historie, ale bez wystarczających dowodów by zamknąć ich na dobre w więzieniu.
Szczerze mówiąc ta śmierć niezbyt poruszyła mężczyznę o jasnych włosach z kilku dniowym zarostem, w rozpiętej koszuli w kratę, jeansach i markowych butach.
To że się nie lubili, to by było dość lekkie określenie. Można by powiedzieć że przyjechał tu ze względu na swoją matkę, która ciężko przeżyła śmierć męża.

-Ej, Alex powiedz na ile przyjechałeś?.- Pytanie wyrwało chłopaka z rozmyślań o swojej przeszłości, która była prawdziwą serią niepowodzeń. Jego kapela z, którą wiązał przyszłość jako gitarzysta rozpadła się przed wydaniem demo, przez wiele kłótni i fakt że jego dziewczyna zdradzała go z wokalistą.
Powieść nad, którą pracował w każdej wolnej chwili, najpewniej przez co zaniedbał swą miłość okazała się wielką klapą, której żadne wydawnictwo nie chciało wydać.
Chłopak desperacko chwytał się każdej pracy, by tylko nie stracić mieszkania i szczerze mówiąc dzieliły go tygodnie by tak i tak nie wrócić do Maron jako żywy przykład że marzenia nie wystarczą.
Chłopak, rozglądał się po całej knajpie, będącą ostoją dla tych, którzy chcieli napić się piwa w lekko wiejskiej atmosferze i przy muzyce z lat 60 i 70, szukając swojego rozmówcy i dopiero powtórzone pytanie naprowadziło go na właściwą osobę.
Matt Corbe, najstarszy z paczki przyjaciół, wysoki dobrze zbudowany z brodą, której nie powstydził by się żaden szanujący się drwal. Siedział naprzeciwko Alex' a przy już ostygłych frytkach i pół-pełnym kuflu piwa. Jemu życie też nie przyniosło ukochanego zajęcia, ale wystarczającą rekompensatą jest kochająca żona i mały sześcioletni syn.

-Sam jeszcze nie wiem. W Hardford nic na mnie nie czeka. Zostanę tu aż z mamą będzie lepiej, a potem się zobaczy.

-Jeśli szukasz jakiegoś zajęcia, to u mnie jest jest dużo roboty.-Zapytał ostatni z grupy bliskich przyjaciół. Bill Thomas właściciel najlepszej w mieście pizzerii, którą otworzył już nieżyjący ojciec. - Niedługo otwieram nową knajpę i szukam kogoś do pomocy- Kontynuował bawiąc się zimną frytką.

- Dzięki stary, ale sam nie wiem musze się zastanowić. Mam jeszcze parę spraw w mieście, dam ci znać za parę dni, okay?.
U mnie, zawsze masz drzwi otwarte, a poza tym witaj w domu, bracie.- Billy poklepał swojego przyjaciela po ramieniu, a Matt dodał.

-Cieszymy się że wróciłeś.-Alex odwdzięczył się za te słowa szczerym uśmiechem, ale tą miłą atmosferę zniszczyło wejście do baru, nielubianego przez wszystkich Scotta Reyes' em w towarzystwie jeszcze trzech członków klubu do którym on również należał.

-O mój Boże, to naprawdę ty. Sto lat cię Baker nie widziałem. Co u ciebie.

-Czego chcesz Scott.-Mężczyzna podszedł jeszcze kilka kroków, ale zatrzymał się gdy Alex wstał od stolika.

-Łoł, spokojnie stary, chciałem tylko się przywitać.- Gdy to mówił jego motocyklowi kumple podeszli obok niego, ale i znajomi Alex' a nie czekali i stanęli obok swojego kompana, gotowi na dalszy rozwój akcji.
-Już to zrobiłeś, co teraz?. - W jego głosie nie było słychać ani trochę przyjaźni do Scotta.

-Ten podszedł jeszcze, i stanął twarzą w twarz z Alex' em.

-Pozdrów swoją siostrzyczkę, bo dawno nie było jej u mnie na wspólnej zabawie, a chyba wiesz chyba co mam na myśli. O i szkoda mi twojego staruszka, ale chyba każdy Baker to nieudacznik.

-Zanim Scott zdążył cokolwiek zrobić po wypowiedzianych przez siebie zdaniach, Alex wyprowadził potężny cios, ze skumulowanego gniewu, który składał się ze wszystkich niepowodzeń, ze złości na siebie, na swoje życie i czystej chęci przywalenia w tą zbyt pewną siebie facjatę.

-Chłopak upadł na ziemie, ale zanim Alex zdążył podejść do niego, jakiś inny facet w skurzanej kurtce powalił go jednym ciosem przez co Alex poleciał na stój od bilardu rozwalając ułożone kule. Na szczęście na tego napastnika rzucił się Matt powalając go jak zawodowy sportowiec ligi NFL, co wywołało bijatykę na całą knajpę.

-Baker chwilowo zamroczony wstał opierając się o stół, ale nad nim stał już Scott z rozcięciem w skórze tuż pod okiem i co najmniej trzy-krotnie wali Alex' a w głowę. Chłopak ponownie pada zamroczony na stół, ale tym razem chwyta niedużą kule. Niezbyt dużo mu to daje w tym momencie, bo zauważa, jak Scott chwyta kij od bilardu i chłopak zdąży się jedynie zakryć jedną ręką na, której to zostaje roztrzaskany kij.

-Alex pada na kolana, a Scott podchodzi do niego triumfalnie chcąc dobić swoją ofiarę. Chłopak ciska w niego trzymaną w dłoni kule i powala go na ziemie. Teraz role się odwróciły i to Baker tłucze swoją ofiare, zbieraną od dłuższego czasu wściekłością. Widzi jak twarz Scott' a coraz bardziej przypomina krwawą papkę i zaprzestaje w ataku.

-W tym samym momencie do środka wpada kilku policjantów i po chwili Alex leży na ziemi. Ktoś wyłącza muzykę i słychać tylko jak w radiu mówią o szerzącej się wściekliźnie u ludzi i kontakt z takimi jest bardzo niebezpieczny.

-Nagle do Alex' a podchodzi jeden z policjantów, ale chłopak widzi jedynie jego buty. Każe on innemu funkcjonariuszowi założy założyć mu kajdanki, ale Alex wyrywa się i mówi że chyba ma pękniętą kość w przedramieniu.

-Jaka szkoda.- Policjant w jednej chwili wyciąga pałkę i uderza z całej siły nalewano plamiąc mu kość w ręce.

-Witaj w domu Alex.-Dopiero w tedy przypomina sobie kim jest ten człowiek. To zastępca tutejszego szeryfa Will Wayland.

-Wyprowadzić mi stąd te ścierwa i zamknąć je w pierdlu.-Dodaje gniewnie i prawie natychmiast ktoś podnosi i wyprowadza na zewnątrz Alex 'a. Deszcz leje jak z cebra, kiedy pakują go do radiowozu wraz z innymi uczestnikami bójki i odjeżdżają zostawiając niezły syf w barze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz